Z korzenia drzewa mego.
Nazwałem Twym nazwiskiem.
W dwóch miejscach DNA jedno,
Niczym religii nowej sedno.
Zdobyłem dla Ciebie wiedzę,
Dotąd niepotwierdzoną.
Pokonałem lawiny zawiści
Dla dobra, bo ono nie krzyczy.
Kąpie się za to często w goryczy.
Odmieniłem spojrzenie
Na coś, co Ci bliskie.
Zaufałem...- wielkie słowo.
Dałem nowe szanse,
Doceniłem pozór międzynarodowo.
Zawierzyłem w modlitwach los Twój,
W słowach wielce kaleki, niepewny,
Nasączony w spojrzeniu łzą.
Jednak szklaną..., jak rekwizyt,
Mimo częstych Twoich wizyt.
Powierzyłem sekrety swoje,
Jak listy ludzie powierzali gołębiom.
Wierzyłem, że dolecą, gdzie powinny.
W mym akwarium otoczyły mnie Twe rybitwy
By od niby-przyjaźni przejść na pole bitwy.
Czarne anioły, podstępni rycerze
Wskrzeszanego ciągle Belzebuba,
Jednak najzwyczajniej malują się na biało.
Udają anioły, a nieraz białe kruki.
Podstępem uzupełniają intryg swych luki.
W ich sercach skamieniałych.,
Jak w stajni Augiasza...
Smród fałszu i brud intencji,
Z rojem much i robactwa,
Szukają ciągłej, dla pychy swej, atencji.
Zanim sięgną po pędzel,
Zanim otworzę puszkę,
Z farbą pozorów i kłamstewek,
Wtedy zobacz tę drobinę brudu.
W mroku, niczego warte jest słowo ludu.
Upadły anioł jest jak grzyb...
Mimo wszystko potrzebny.
Lecz pamiętaj, że ten sam grzyb
Jeśli nie jest w symbiozie,
Może powalić wielkie drzewo.
Dobro można czynić po prostu,
A nie mimo wszystko. A nie mimo wszystko.
Nie syćmy serc, że wszystko wypada.
Zabierając dach komuś w deszczu czas,
I tak na jednego pada.