Sobotni był dzień, taki iście majowy...
Blade słońce poranek ledwo oznajmiło.
Pełne animuszu grono ptaków
Wiosenne pieśni i trele tworzyło.
Ludzie byli w odległych krainach snów,
A Bóg jednej ziemskiej duszy
Uchylił po cichu niebios drzwi,
Szczędząc długiej choroby i katuszy.
Odeszła od nas Julia, Jula kochana,
Po ziemskim życia biegu.
Nie powiedziała wcale -żegnam-,
Wszak staniemy jeszcze w jednym szeregu.
Wierna żona, oddana matka,
Kochająca babcia, czuła prababka.
Szczęściem był Jej szczery uśmiech
I pachnąca na Wielkanoc babka.
Lecz choć już słowa żadnego nie wypowie,
Oplecie nas takie długie, niezwykłe pnącze,
Co pamięcią się ładnie zowie.
Zakwitnie tylko tym, co najlepsze.
Czy wspomnienie o Niej
Wygra kiedyś z serca uciskiem?
Otulisz się rychło właśnie nim.
Śmierć jest przystankiem, emocji wyciskiem.
Będzie jeszcze taki dzień deszczowy,
Gdy usiądziesz w kuchni przy ławie.
Ujrzysz wolne krzesło i wspomnisz:
Siedzieliśmy tam razem przy kawie.
Album kiedyś otworzysz w zadumie
I zobaczysz nie tylko ujęcia.
Będzie tam radość, nadzieja i smutek.
Westchniesz ku górze, bez żadnego zadęcia.
Czy zasmucony włączysz jej radio, długo nietknięte?
Przypomnisz sobie Ją jeszcze nieraz,
Gdy ustawiona dawno stacja,
Nada Jej ulubioną pieśń czy piosenkę.
Gdy miniesz kobylański dom Jej rodzinny,
Wspomnisz Ją tkliwie, ale z uśmiechem.
Powrócisz myślą do słodkiego dzieciństwa:
Odbije się to głupstw i marzeń pierwszych echem.
Zielenią się jeszcze niedojrzałe czereśnie.
Spotkań nieodbytych pełne kalendarza strony.
Dla nas śmierć zawsze przychodzi za wcześnie.
Nieprzeprowadzone rozmowy, odłożone telefony...
Bóg to projektant doskonały,
A sztuka Jego nieprzewidywalna.
Po każdym dziele, lawina złożonych pytań,
Lawina głębokich refleksji.
96 lat życia, to szmat krętej drogi,
Lecz nic to w perspektywie wieczności.
Bóg tworzy tylko postać,
Na kolejny etap nie zabiera ciała, ani kości.