Kyrie Eleison, Theos Eleison
Zanurzone w ust czyichś głębi,
Słowo głupiego mnie szalenie gnębi:
Znawcy wielkiego bez wiedzy,
Doktora bez tytułu doktora,
Profesora z tytułem magistra,
Profesora z tytułem, ale mózgiem kaczora.
I wiejskiej wernyhory, której wiedza
Kończy się po ile dana szynka,
I miejskiej chciwej maciory,
Niepozornej jak ryba stynka.
Zakompleksionej nauczycielki,
Co radość z innych wyciska
I tępego urzędnika, który swoich
Na urzędy ważne wciska.
Wójta, co zapomniał o powinności,
Czym gospodarzenie
I nieudacznika, rzekomego artystę,
Promującego siebie jak wydarzenie.
Dziennikarza, co za judaszowe srebrniki
Sprzeda się każdemu
I mężczyzny, co wywinie numer
Przyjacielowi wielce zaufanemu.
Gryzonia, co poczuł się człowiekiem,
A czasem kaznodzieją
I duchownego, hipokryty wielkiego,
Każącego żyć ze złudną nadzieją.
Genealoga, co stał się celebrytą,
I zagubił swą rzetelność,
I posła, mentalną świnię,
Co zapomniał czym jest kraju wierność.
Lekarza, co nie leczy ludzi,
Lecz koncerny wspiera
I krętacza, który z nudów
Nieprawdę o kimś ludziom wpiera.
Boże Jedyny, od tych uchowaj!
Zamienione słowo w czyn już nie gnębi,
Lecz rozpina mi na krzyżu duszę.
W takim świecie ja się czasem duszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz