Dzień był jak co dzień.
Ludzie w pracy, w szkole.
Na łące feeria barw końcówki lata.
Ptaki rozśpiewane. Żyć tylko wypada...
Wtem rozwiał Bóg dmuchawiec z tej łąki.
Tak subtelnie, bez pokrzyku.
Spełnił mniszek lekarski swoją rolę w życiu.
Zdążył być barwnym kwiatem...
Wyrosła jedna roślina w 1934,
Helena o blond płatkach włosów.
Zawsze promienna, uśmiechnięta,
Wiarą w Boga zakwitała.
Wyrozumiała nauczycielka,
Wierna żona, wzorowa matka.
Kochająca Boga tak prosto i szczerze,
Jak święta Maria z Betanii.
Szczęściem był witany z nią poranek,
Kiedy słońce ledwo wstało.
Szczęściem było wspólne przebywanie,
Gorąca herbata i kakao.
Czy ciepłe wspomnienie o niej
Wygra kiedyś z żałobą i serca żalem?
Utulisz się wkrótce właśnie nim.
Życie jest drogą, nie końcem, nie amen.
Będzie dzień, że w kościele usiądziesz,
Nim zabrzmią dostojnie organy,
Zobaczysz puste miejsce i pomyślisz:
Siedzieliśmy tam razem czasami.
Puch jej dmuchawca, co rozwiany wszędzie:
W miejsce gdzie z nią płakałeś, dzieliłeś radości,
W miejsca, gdzie pójdziesz pierwszy raz,
Przypomni Ci w zadumie jej wartości.
Mamy w sobie jeden Jej obraz:
Bez skaz, czysty jak zimowy poranek.
Nie wiemy ile i nam czasu zostało,
I jaki po nas obraz zostanie.
Czy album otworzysz kiedyś spokojnie
I zobaczysz nie tylko zdjęcia?
Ujrzysz zmartwienie, radość, nadzieję.
Westchniesz: tak brzmiała życia piosenka.
Bóg to reżyser nieprzewidywalny.
Właśnie dlatego spektakl życia
Jest tak doskonały. Po każdym aktorze
Zostaje lawina pytań i refleksji.
Czy zatroskana w szarej jesieni
Włączysz radio, dotąd nietknięte?
Usłyszysz nieraz, oj nieraz:
Puszczają jej ulubioną piosenkę.
Choć brzmi to niezrozumiale i boleśnie,
Każda śmierć jest potrzebną lekcją,
Nawet gdy przychodzi za wcześnie.
Nawet gdy przychodzi za wcześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz